|
| |
Od kwietnia do października trudno jest zastać Erwina Sówkę, malarza i członka legendarnej Grupy Janowskiej, w mieszkaniu na Zawodziu. 69-letni artysta wsiada z żoną na rower i znika.
Tylko wtajemniczeni wiedzą, gdzie Sówka spędza cieplejszą połowę roku. Gdyby komuś udało się go wyśledzić, musiałby jechać za nim ścieżką rowerową w stronę Mysłowic. Potem Sówka skręca w kierunku Janowa i wjeżdża do dzielnicy, która przez lata była jego domem. Czasami mija kamieniczkę przy ul. Leśnego Potoku 97. Tutaj, na piętrze mieszkał Teofil Ociepka, z którym pracował w kopalni Wieczorek, a po szychcie dyskutował o sztuce.
Jeszcze zakręt i jesteśmy na miejscu: przy niedużym, zielono-czerwonym domku w ogrodzie. To wiosenno-letnia pracownia i dom Sówki oraz jego żony. "Moja lauba", jak po śląsku nazywa ją malarz. Zbudował ją sam wraz z synem: od fundamentów po dach. - Postawiliśmy go w dwa dni. Takie z nas majsterklepki - śmieje się Sówka. Przyjeżdża tutaj, jak tylko robi się ciepło. Zwykle na kilka dni, ale zdarza się, że trasę Zawodzie - Janów pokonuje dziennie dwa razy. - To jakieś pięć kilometrów, pół godziny rowerem - bagatelizuje Sówka, który za rok będzie świętował 70. urodziny.
Czego szuka na swojej działce? Kontaktu z przyrodą i inspiracji. Jeszcze niedawno nikt by nie podejrzewał, że malarstwo Sówki zacznie się coraz bardziej zbliżać do natury. Kopalnie, Nikiszowiec, sceny fantastyczne - to znaliśmy od lat. Ostatnio jednak na jego płótnach pojawia się coraz więcej łąk, leśnych stawów i ogrodów. - Trzeba wracać do natury, do źródła. To, co Pan Bóg stworzył, jest najpiękniejsze - zwierza się artysta. Nigdzie natomiast Sówka nie ma tak blisko do przyrody, jak na swojej działce. Zaraz za ogrodzeniem płynie strumień Bolinka, dalej rozciągają się janowskie lasy.
- Wieczory są tutaj szczególnie piękne. Komary nie gryzą i jest gdzie spacerować - zachwyca się.
Za plenerową pracownię służy malarzowi blaszany garaż. W tym roku powstał tam jeden obraz: Sówka odtworzył z pamięci nieistniejący już staw Górnik. - Tam się kąpaliśmy za bajtlów - uśmiecha się. Kilka wcześniejszych prac poświęcił też innym jeziorkom wokół swojej lauby. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby tego janowskiego pejzażu nie zasiedlił fantastycznymi postaciami - "Strzygami śląskimi" - jak nazywa je malarz. Zresztą mieszkają z nim też i na jego laubie. Na trwającej wciąż wystawie w Muzeum Śląskim pokazuje właśnie kilka płócien, na których jego nagie boginie pojawiają się między rabatkami.
Nie ruszając się sprzed swojego domku, Sówka mógłby stworzyć jeszcze niejeden obraz. Na przykład pejzaż z szybem Roździeński kopalni Staszic. - To mój ulubiony widok, kiedyś go namaluję - obiecuje. Bo nawet na łonie przyrody Sówka nie zapomina, że tworzy w krainie kopalń i węgla. - Przecież pod laubą była moja ściana, na której pracowałem w kopalni - zdradza.
Łukasz Kałębasiak; Gazeta Wyborcza; 30.08.2005
|